Kamienie skruchy z Uluru
- Byłem kompletnym idiotą, że go zabrałem
– powiedział pracownikom australijskiego Parku Narodowego Uluru młody mężczyzna. W dłoni trzymał ładny wypolerowany kamień wielkości pudełka od zapałek. Podczas pierwszej wizyty, niespełna rok wcześniej, wsunął go niepostrzeżenie do kieszeni: -Tak bardzo mi się spodobał, że poczułem, że muszę go mieć. Na swoje nieszczęście – tłumaczył Steven Hill, który wybrał się na wakacje do parku Uluru. Oto, co go spotkało po tej pozornie nieistotnej kradzieży.
Już w drodze powrotnej na jego jeepa wpadło stado kangurów i poważnie go uszkodziło. Ledwo pokrył koszty naprawy, gdy uległ kolejnemu wypadkowi. Wyszedł z niego bez szwanku, jednak samochód wymagał tak dużego remontu, że Steven musiał się zapożyczyć.
Kilka tygodni później wypadł mu z ręki telefon komórkowy. Aparat ocalał, ale zniknęły z niego wszystkie zdjęcia, jakie zrobił w Uluru. Potem zgubił dokumenty, zranił w nogę i zaczął się zastanawiać, czy te zdarzenia są jedynie dziełem przypadku. I doszedł do wniosku, że nieszczęścia zaczęły na niego spadać od wakacyjnej wyprawy do Uluru. Za ich sprawcę uznał skradziony kamień.
Wsiadł do samochodu, przejechał niemal 3 tysiące kilometrów dzielących Melbourne od Uluru i zwrócił przyczynę swoich kłopotów. – Poczułem, jak spada ze mnie ogromny ciężar– powiedział, żegnając się z pracownikami parku. Opowieść Stevena Hilla może się wydawać naciągana, ale jego rozmówcy nie byli zaskoczeni. Z podobnymi historiami spotykają się niemal codziennie.
Nie wszyscy zwracają kamienie osobiście, częściej wysyłają je pocztą. W ciągu roku na adres parku przychodzi od 300 do 350 przesyłek z dołączonymi listami. Na jego oficjalnej stronie internetowej można przeczytać, że przesyłki zawierają kamienie, piasek, suche gałązki, nawet fotografie. Największy oddany przez rabusiów głaz ważył 32 kilogramy.
Nadawcy piszą, że wbrew ostrzeżeniom zabrali kamienie jako wakacyjne pamiątki, a teraz zwracają je w poczuciu winy lub ze strachu przed ich oddziaływaniem. Czasem, jak Steven Hill, robią to po kilku miesiącach, czasem po wielu latach. Zdarza się, że przesyłek nie nadają już sprawcy, lecz ich dzieci lub wnuki, w których życiu zaczęło się dziać coś niedobrego.
Strażnicy parku nadali nawet zawartości przesyłek specjalną nazwę. Określają ją jako „sorry stones”, czyli kamienie skruchy.