Muzeum Nożyczek? Serio?
Jest takie 100 km od Lublina, w niewielkim Tarnogrodzie. Ma w swoich zbiorach kilkaset eksponatów, różnie datowanych i o różnym przeznaczeniu. Obejrzycie tam nożyczki krawieckie, fryzjerskie, chirurgiczne, do strzyżenia owiec, do jajek, do winogron, obcinania kocich pazurków, wycinania dziurek, do niszczenia dokumentów i wiele innych. Są tu pozłacane nożyczki wypełnione masą perłową oraz XIX-wieczne egzemplarze kupione na targu złodziei, w Lizbonie.
Oglądałam nożyczki i pomyślałam, że właściwie całe nasze życie składa się z cięć. Przecież przecinamy pępowinę, gdy przychodzi na świat dziecko, rozcinamy koperty z ważnymi wiadomościami (w erze e-maili pewnie już rzadziej), przecinamy wstęgi podczas uroczystości otwarcia, obcinamy włosy, by mieć modną fryzurę.
Ale także wtedy, żeby coś zmienić w życiu, odcinamy toksyczne, niesłużące nam relacje. Kiedy wychodziłam z muzeum, nie myślałam już o nożyczkach jako takich – ani o tych do winogron, ani o tych do jedwabiu. Zastanawiałam się, ile razy w życiu coś przecinałam, bo przecież bez wątpienia robiłam to wiele razy.