Kto się boi UFO?
Pierwszy oficjalny raport o pojawieniu się UFO
w przestrzeni
powietrznej Ziemi sporządzony został
w 1933 roku przez Szwedzki Korpus
Lotniczy.
Od tamtego czasu minęło 75 lat, a tajemnica „latających
talerzy” nadal pozostaje niewyjaśniona.
Wielu badaczy jest zdania, że
ktoś bardzo się stara, by tak pozostało...
Od roku 1933 obserwacje UFO były raczej sporadyczne i nie wzbudzały
nadmiernego zainteresowania. Obserwatorzy tajemniczych zjawisk na
niebie bardziej skłonni byli widzieć w nich nieznane zjawiska
przyrodnicze niż międzyplanetarne pojazdy. Sytuacji nie zmieniło też
nasilenie się zjawiska UFO w czasie trwania II Wojny Światowej, bowiem
wtedy wszystko co niewytłumaczalne szło na konto szpiegowskich poczynań
wroga. Dokładnie tak jak stało się to w 1942 roku w czasie "nalotu" na
Los Angeles. Tajemnicza maszyna, jaka pojawiła się nad miastem mimo
trafienia jej wieloma pociskami artylerii przeciwlotniczej nadal
utrzymywała się w powietrzu, jakby ostrzał zupełnie jej nie dotyczył.
Sporządzony w tej sprawie raport, jak wiele innych, wylądował w
archiwum, a całą sprawę oceniono jako histerię wojenną.
Moda na UFO
Prawdziwy przełom w historii UFO dokonał się 7 lipca 1947 roku, kiedy
to na farmie niedaleko miejscowości Roswell w stanie Nowy Meksyk doszło
do katastrofy UFO z dwoma pasażerami na pokładzie, którzy określeni
zostali jako homoidzi, nie pochodzący z naszej planety. Świat
dowiedział się o tym dzięki spontanicznej reakcji pułkownika Williama
Blancharda, dowódcy bazy lotniczej w Roswell, który wydał zgodę na
opublikowanie wiadomości o katastrofie latającego dysku. Nim jednak
dziennikarze zdołali dowiedzieć się czegoś więcej, pułkownik udał się
na "dawno zaplanowany urlop", a rzecznik prasowy armii oświadczył, że
to, co rozbiło się o Ziemię, nie było latającym dyskiem, ale prototypem
balonu meteorologicznego, którego srebrna powłoka mogła zmylić
pułkownika w ocenie sytuacji. To wszystko. Łamy gazet zalewały
sprzeczne informacje od "dobrze poinformowanych" osób, a umiejętnie
podsycane napięcie sprawiło, że nie było dnia, by na niebie nie
zaobserwowano kilkudziesięciu pojazdów Obcych. Kraj opanowała istna
"moda" na UFO. I o to chodziło...
W cieniu Roswell
Korzystając z zamieszania, armia mogła starannie ukryć kolejne
katastrofy UFO. Jak podaje w swojej pracy Timothy Good, światowy
autorytet w dziedzinie ufologii, tylko na terenie USA rozbiły się co
najmniej trzy latające dyski. Jeden na terenie Kalifornii, jeden w
Arizonie i kolejny w Aztec (stan Nowy Meksyk). Dysk, który rozbił się w
1948 roku w Azcec miał około trzech metrów średnicy, zewnętrzną powłokę
wykonaną z lekkiego metalu przypominającego aluminium i tak twardego,
że nie poddawał się działaniu płomieni palnikowych o temperaturze 5500
stopni i naciskowi diamentowego świdra. Pojazd składał się z pierścieni
poruszających się wokół nieruchomej kabiny. Nie odkryto na jego
powierzchni nitów, śrub ani śladów spawania. Nie odkryto też żadnego
systemu napędowego. Przypuszczano, że dysk wykorzystywał do lotu pole
grawitacyjne planety. We wnętrzu pojazdu znajdowały się na wpół
zwęglone zwłoki szesnastu (!) homoidów o wzroście niewiele ponad metr.
Części pojazdu oraz ciała Obcych przewieziono do pobliskiej bazy
lotniczej i wszelki słuch o nich zaginął. Wojsko natychmiast
zaprzeczyło wszystkim tym informacjom, twierdząc, że jeśli faktycznie
doszło do katastrof, to z pewnością nie były to pozaziemskie statki.
Jak zwykle sugerowano, że chodzi o awarie testowanych właśnie maszyn
wojskowych. Mimo licznych zapewnień wygłaszanych na konferencjach
prasowych, że "latające talerze są jedynie wytworem swoistej mody na
UFO", meldunki o niezidentyfikowanych obiektach na niebie nadchodziły z
całego świata.
Obcy w kosmosie
Tymczasem UFO nie zamierzało ograniczać się
do podróży w ziemskiej atmosferze. W 1985 roku przed politykami ONZ, z
sekretarzem Generalnym Kurtem Waldheimem na czele, stanął astronauta
Gordon Cooper i oświadczył, że według niego Ziemia jest odwiedzana
przez załogowe statki kosmiczne, i że sam widział taki obiekt w
przestrzeni kosmicznej na wysokościach nieosiągalnych dla człowieka.
Swoją tezę poparł informacją, że już od 1961 roku piloci
doświadczalnych samolotów X-15 latający wiele kilometrów nad Ziemią
meldowali swoim dowódcom o spotkaniu UFO na granicy ziemskiej
atmosfery. Jeden z tych meldunków, autorstwa pilota Josepha Walkera,
został przedłożony komisji ONZ. Wprawdzie wezwany przed komisję
przedstawiciel NASA odmówił politykom udostępnienia filmów z kamery
samolotu, zasłaniając się ustawą o bezpieczeństwie narodowym, to
przecież odmawiając, przyznał pośrednio, że UFO nie jest li tylko
tworem wyobraźni. Politycy zamknęli sprawę, a ONZ straciła nagle
zainteresowanie problemem Obcych. Nigdy nie wydano na temat zeznań
astronauty oficjalnego oświadczenia. Zapanowała międzynarodowa zmowa
milczenia.
Dezinformacyjny cyrk
W 2007 roku świat obiegła informacja, że rządy Francji i Wielkiej
Brytanii ujawniły dane dotyczące lotów UFO. Szybko okazało się, że owe
"tajne informacje" nie zawierają żadnych rewelacyjnych wiadomości,
które pomogłyby w rozszyfrowaniu istoty zjawiska. Ot, suche dane
statystyczne o ilości obserwacji, zeznania świadków o dziwnych
zjawiskach widocznych na niebie, o spotkaniu ziemskich samolotów ze
świecącymi dyskami, kulami, tubami.
Raporty te, sugerujące, że mamy raczej do czynienia z nieznanymi
jeszcze zjawiskami przyrodniczymi niż z pojazdami obcych cywilizacji,
zdają się być kolejnym sposobem dezinformacji mającym na celu
zbagatelizowanie całej sprawy. Najskuteczniejszym bowiem sposobem
ukrycia tajemnicy jest w dobie wszechobecnych mediów - nadmiar
informacji. Co więcej, dane, jakie zostały ujawnione, dotyczą jedynie
ostatnich trzydziestu lat i nie obejmują lat, w których doszło do
opisanych wyżej katastrof latających dysków. Niby wszystko staje się
jawne, a wiedzy o istocie fenomenu zwanego UFO nie przybywa.
Dlaczego kłamią
Pozornie wydaje się, że odpowiedź na tak
postawione pytanie jest prosta. Rządy państw mają nadzieję, że badając
szczątki UFO lub nawiązując bezpośredni kontakt z przybyszami, zdobędą
wiedzę technologiczną, która da im przewagę nad resztą świata. W
umysłach wojskowych powstają wizje o niezniszczalnej broni, politycy
marzą o sprawowaniu globalnej władzy nad światem i możliwości
prowadzenia swoich gier na skalę galaktyczną, a przemysłowcy zacierają
ręce na myśl o ogromnych zyskach, jakie może przynieść produkcja
urządzeń kosmicznej generacji. A może jest dokładnie na odwrót? Może
powodem wprowadzania nas wszystkich w błąd jest nie tyle chęć zdobycia
władzy, co... lęk przed jej utratą!
Światowy gabinet cieni
Nowe technologie Obcych mogłyby zupełnie zmienić oblicze Ziemi. Siła
militarna, wielkość państw i istniejące między nimi różnice gospodarcze
uległyby zatarciu, a wszystkie znane nam źródła energii straciły na
znaczeniu. Polityka w ziemskim rozumieniu powędrowałaby do lamusa, a
siła kapitału przeszła do historii. Już nie mówiąc o implikacjach
filozoficznych i religijnych: A co, jeśli Obcy nie znają pojęcia Boga,
albo mają zupełnie inne na Niego spojrzenie? Albo gdyby się okazało, że
wszystkie teorie mówiące o tym, że to Kosmici, manipulując genami,
stworzyli homo sapiens są prawdziwe? To byłaby rewolucja w
niespotykanej do tej pory skali! Wręcz katastrofa!
Czy jakiemukolwiek rządowi może na tym zależeć? Czy można w takiej
sytuacji dopuścić, by obywatele Ziemi sami rozpoczęli ewentualne
rozmowy z przybyszami?
Jak twierdzi doktor Jesse Marcel (złożył oficjalne oświadczenie w 1991
roku), którego ojciec brał udział w operacji utajniania zdarzenia w
Roswell, już w 1953 roku prezydent Eisenhower powołał do życia
satelicki rząd światowy, na czele którego stanął wiceprezydent Richard
Nixon. Rząd ten miał zajmować się ewentualnymi kontaktami z przybyszami
z kosmosu i blokować informacje o ich rzeczywistym istnieniu...
Jerzy Gracz