Już po nas?
Zbliża się rok 2012, a wraz z nim koniec świata. Tak przynajmniej straszą ci, którzy odkryli, że ostatni dzień w kalendarzu Majów będzie również ostatnim dniem w historii ludzkości.
Istnieją już nawet szczegółowe opisy tego dramatycznego wydarzenia. Belgijski astrofizyk i pisarz Patrick Geryl w głośnej książce „Proroctwo Oriona” przekonuje, że mniej więcej co 11 500 lat dochodzi do gwałtownych zmian aktywności Słońca, które powodują odwrócenie biegunów na Ziemi. Wiedzę o tym mieli według niego posiąść twórcy jednej z najbardziej tajemniczych cywilizacji – Majowie, którzy na podstawie skomplikowanych obliczeń ustalili, że biegun północny stanie się południowym, a południowy północnym dokładnie 21 grudnia 2012 roku.
Jakie to wywoła skutki? Odwrócenie pola magnetycznego spowoduje, że przestaną działać wszystkie urządzenia elektroniczne. Zgasną więc telewizory, ogłuchną telefony, zepsują się komputery. Ale nie to będzie najgorsze. Zdaniem Patricka Geryla, wraz z przesunięciem biegunów nastąpi zmiana kierunku ruchu Ziemi. Mówiąc obrazowo, następnego dnia po kataklizmie Słońce wzejdzie na zachodzie.
Niestety, nikt z nas już tego nie zobaczy. By zmienić kierunek, Ziemia musi się bowiem najpierw zatrzymać, a dopiero potem ponownie ruszyć. Ponieważ obraca się wokół swej osi z prędkością ponad 1 600 km/na godzinę, hamowanie będzie bardzo ostre, porównywalne z uderzeniem rozpędzonego do maksymalnej prędkości samochodu o mur. W „wehikule”, jakim jest nasza planeta, znajdują się jednak nie tylko istoty żywe, ale także oceany, góry, wulkany i płyty tektoniczne, tworzące ziemską skorupę. Pod wpływem nagłego hamowania wszystko to gwałtownie się przemieści. Powstaną gigantyczne fale, które zaleją lądy; huragany zmiotą do wody ostatnich ocalałych, a dzieła zniszczenia dopełnią trzęsienia ziemi.
Spalone księgi
Wizja z „Proroctwa Oriona” jest przerażająca, ale chyba nie trzeba się zanadto bać. I to nie tylko dlatego, że – zgodnie z ustaleniami naukowców – bieguny magnetyczne Ziemi faktycznie się przemieszczają, lecz następuje to bardzo powoli, a nagła zmiana w ciągu jednego dnia jest niemożliwa.
Znacznie bardziej uspokaja świadomość, że przepowiednie nadciągającej zagłady pojawiają się od tysięcy lat, ale żadna się na szczęście nie spełniła. Najsłynniejsze są zawarte w księgach Sybilli, ale, niestety, są niepełne, a to z powodu skąpstwa króla Rzymu, Tarkwiniusza. Otóż pewnego dnia zjawiła się na jego dworze natchniona przez bogów wieszczka Sybilla z Kume, która spisała w dziewięciu księgach przepowiednie dotyczące przyszłości Rzymu i całego świata. Zaproponowała ich sprzedaż, ale król uznał, że żąda zbyt wygórowanej ceny i odmówił. Sybilla wrzuciła więc trzy tomy do ognia i ponownie zapytała, czy chce je kupić. Zażądała takiej samej sumy jak za całe dzieło.
– Nie – odpowiedział oszczędny Tarkwiniusz. Sybilla spaliła więc kolejne trzy księgi i powtórzyła pytanie. Ceny oczywiście nie zmieniła. Król, który jak wszyscy pragnął poznać przyszłość przekonał się, że wieszczka nie żartuje i za chwilę zniszczy ostatnie tomy, tym razem uległ.
Księgi trafiły do najważniejszej świątyni Rzymu, gdzie strzegli ich specjalnie dobierani, najbardziej nieprzekupni kapłani. Za ich kopiowanie groziła kara śmierci, wykonywana w okrutny sposób – skazanego zaszywano w skórzanym worku i wrzucano do rzeki.
Ciekawość była jednak silniejsza od strachu i szybko pojawiły się potajemnie sporządzane odpisy. Z czasem do tych tekstów dotarli również pierwsi chrześcijanie, którzy odkryli w nich zapowiedź upadku potężnego imperium rzymskiego, powtórnego nadejścia Chrystusa, Sądu Ostatecznego oraz końca świata. Gdy imperium rzeczywiście upadło, Księgi Sybilli zaczęły wzbudzać nabożny lęk. Tym większy, że proroctwo Sybilli zostało wsparte przez potężne dzieło chrześcijańskie – Apokalipsę Świętego Jana.
Sylwestrowy Armagedon
– Gdy dobiegnie końca tysiąc lat, z więzienia swego szatan zostanie zwolniony i wyjdzie, by omamić narody z czterech narożników Ziemi, Goga i Magoga, by ich zgromadzić na bój, a liczba ich jak ziaren piasku – przepowiadał święty Jan.
Ten wielki bój – Aramegdon – ma być według jego wizji ostatnim z wielkich nieszczęść, które spadną na świat przed powtórnym przyjściem Chrystusa. Poprzedzą je zapowiadane przez czterech jeźdźców Apokalipsy głód, wojna i zaraza, ogłaszane przez siedem trąb plagi i katastrofy oraz rządy Bestii, czyli diabła ukrytego pod symboliczną liczbą 666.
Kościół włączył Apokalipsę św. Jana do Nowego Testamentu, co oznaczało, że żaden chrześcijanin nie powinien wątpić w nieuchronność końca świata. Mógł się jedynie zastanawiać, kiedy to nastąpi. Pierwsi chrześcijanie spodziewali się, że bardzo szybko. Świat jednak ciągle trwał. Zaczęli się więc uważniej wczytywać w proroctwo i szukać w nim jakichś konkretów. Ponieważ w Apokalipsie kilka razy powtarza się określenie „tysiąc lat” uznali, że trzeba poczekać do roku 1000.
Gdy rok ten nadszedł, papież Sylwester II punktualnie o północy 31 grudnia odprawił uroczystą mszę. Nie stało się jednak nic nadzwyczajnego, a jedyną pamiątką po tym wydarzeniu było przypisanie już na zawsze ostatniemu dniu mijającego roku imienia papieża kierującego Kościołem na przełomie tysiącleci.
Wszyscy pamiętamy, że równie dobrze skończyło się wyczekiwane w wielkim napięciu przejście z drugiego do trzeciego millenium. I zapewne tak samo przebiegnie rok 2012. Co jednak nie oznacza, że skoro świat się nie skończy, to skończą się wieszczące jego kres proroctwa. Taką już mamy naturę, że myślimy o przyszłości, boimy się jej i bardzo chcielibyśmy ją poznać.
Ostatni papież
Tak było, jest i będzie. Zmieniają się jedynie wizje przedstawiane przez autorów przepowiedni, gdyż dzięki odkryciom nauki, wiemy coraz więcej o otaczającej nas rzeczywistości. Zniknęli z niej rycerze, więc dziś już na nikim nie zrobiłoby wrażenia czterech jeźdźców zapowiadających wielki kataklizm. Do naszej wyobraźni bardziej przemawiają oszalali politycy lub terroryści, którzy wystrzeliwują rakiety z głowicami atomowymi. Zamiast spadającego z nieba ognia spodziewamy się raczej uderzenia nadlatującej z kosmosu asteroidy lub innego ciała niebieskiego. Anioła z ognistym mieczem zastąpiła dziura ozonowa, przez którą spłynie zabójcze promieniowanie. Skutki takich wydarzeń nieodmiennie nazywamy jednak apokalipsą.
W Średniowieczu najważniejszym punktem odniesienia dla wszystkiego co ważne dla ludzi był Kościół. Nic więc dziwnego, że jedna z najsłynniejszych i straszących do dziś przepowiedni powiązała losy świata z papieżami. Sformułował ją żyjący w XI wieku irlandzki mnich Malachiasz, który sporządził listę 112 przyszłych zwierzchników Kościoła. Każdemu przypisał przydomek i przedstawił krótką charakterystykę jego pontyfikatu. Numer 110 przypadł Janowi Pawłowi II, który miał panować jako De labore solis – Trud słońca. Jego następcę Malachiasz określił jako Gloria olivae – Chwała drzewa oliwnego, co powszechnie odczytywano jako zapowiedź powołania na tron papieski człowieka o oliwkowym, czyli ciemnym kolorze skóry. Gdy okazało się, że jednak nie wybrano Murzyna, lecz Niemca, zwolennicy przepowiedni Malachiasza nie poddali się. Ogłosili, że nowy papież przybrał imię Benedykta, a w godle zakonu benedyktynów znajduje się gałązka oliwna. Wszystko się więc zgadza.
Kolejny – i jak głosi przepowiednia – już ostatni papież będzie nazywany Piotrem II lub Piotrem Rzymianinem, chociaż niekoniecznie musi przybrać oficjalnie to imię. Jak pisał Malachiasz: „Pasł on będzie swoje owieczki pośród utrapień, a kiedy te się skończą, miasto na siedmiu wzgórzach zostanie zniszczone i Sędzia Sprawiedliwy sądzić będzie wszystkie narody”. Czasu do tego Sądu zostało już niewiele. Na szczęście Kościół nie traktuje poważnie tych proroctw, a uczeni twierdzą, że ich autorem wcale nie był Malachiasz, gdyż zostały napisane czterysta lat po jego śmierci.
Wielkie Rozczarowanie
Zapowiadanie końca świata, który nie następował, podważało autorytet Kościoła, dlatego sobór laterański już w roku 1516 zabronił katolikom podawania dokładnych dat. Jak łatwo się domyślić, owoc zakazany kusił jeszcze bardziej i natychmiast pojawiły się tłumy proroków. Co ciekawe, nie byli to tylko ludzie niewykształceni lub nawiedzeni, ale także najbardziej szanowani uczeni. Isaac Newton, jeden z najwybitniejszych fizyków w historii, poświęcił wiele lat na żmudne obliczenia, w wyniku których ustalił, że świat skończy się w roku 2060.
Genialny matematyk, twórca logarytmów John Napier był większym pesymistą i przewidywał, że stanie się to między rokiem 1688 a 1700. Jego biografowie starają się nie wspominać, że Napier wynalazł logarytmy nie po to, by ułatwić matematykom wykonywanie skomplikowanych rachunków, ale by pomóc sobie samemu w ustaleniu feralnej daty.
Kościelny zakaz nie obowiązywał też protestantów. Wielu wyznawców tej religii wręcz uznało za swój główny obowiązek głoszenie wiary w szybkie powtórne przyjście Chrystusa i związany z nim koniec świata. Największy rozgłos zdobyła przepowiednia założyciela Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego, kaznodziei Williama Millera. Oparł ją na obliczeniach biskupa Ushera, który tak wnikliwie przestudiował Biblię, że na podstawie długości życia opisywanych w niej postaci ustalił datę stworzenia świata na rok 4004 przed narodzeniem Jezusa.
Zdaniem Ushera, Ziemia miała istnieć przez Wielki Tydzień, w którym każdy dzień trwa tysiąc lat, a o „północy” między sobotą i niedzielą rozpocznie się ostatnie millenium, w którym rozegrają się wydarzenia opisane w Apokalipsie. Jak łatwo policzyć, koniec świata miał się zacząć w roku 1996. Wielebny Miller odkrył jednak błędy w rachunkach biskupa i stwierdził, że stanie się to wcześniej, już 22 października 1843 r.
W tym dniu ponad 50 tysięcy wiernych zgromadziło się w świątyniach, oczekując na dźwięk anielskich trąb. Ale nie usłyszeli niczego. Stali się za to obiektem kpin dziennikarzy i wyznawców innych religii. Po tej wpadce, nazwanej przez samych adwentystów Wielkim Rozczarowaniem, również protestanci przestali podawać dokładne daty końca świata. Tak jak katolicy doszli do przekonania, że zna ją jedynie Bóg.
Pożyjemy, zobaczymy
Od Wielkiego Rozczarowania wieszczenie i straszenie stało się specjalnością samozwańczych proroków, założycieli sekt i zwyczajnych hochsztaplerów, którzy nieźle na tym zarabiają. Najgroźniejsi potrafią tak omamić swoich wyznawców, że ci oddają im wszystko co posiadają, bo skoro świat zaraz się skończy, nie warto się już troszczyć o żadne dobra materialne. Zdarzało się nawet, że członkowie sekt popełniali zbiorowe samobójstwa. I sami sobie urządzali apokalipsę.
W przepowiednie można wierzyć lub nie, ale skoro mimo tylu zapowiedzi końca świat nadal istnieje, trzeba zachować wobec nich zdrowy dystans. Przetrwaliśmy rok 2000, więc pewnie przetrwamy i 2012. Zwłaszcza że wcale nie musi być tak straszny jak głosi „proroctwo Oriona”. Według innych teorii data wyznaczona przez Majów nie zapowiada bowiem kresu dziejów, a tylko przejście z jednej epoki do następnej, z ery Ryb do bardziej uduchowionej ery Wodnika.
Niezależnie od tego, która wersja okaże się prawdziwa, koniec świata zobaczymy już wkrótce. W listopadzie wejdzie na ekrany film pod wymownym tytułem „2012”. W zapowiadającej go reklamie pada pytanie: „W jaki sposób rządy mogą przygotować 6 miliardów ludzi na koniec świata?” i ponura odpowiedź „W żaden”.
To, niestety, prawda, gdyż jesteśmy tylko igraszką „w ręku” znacznie od nas potężniejszych sił i dlatego tak długo, jak istniejemy, będziemy z niepokojem pytali o przyszłość, szukając odpowiedzi we wciąż nowych przepowiedniach.
Andrzej Mikorski
Kronika końca świata
* IV w. – święty Hieronim pisze o 15 znakach, które pojawią się w ciągu 15 dni poprzedzających Sąd Ostateczny. Wymienia m.in. wynurzenie się potworów morskich, pękanie kamieni, spadanie gwiazd, śmierć wszystkich istot żywych, pożar nieba i ziemi.
* 1550 r. – franciszkanin Diego de Landa wysłany na misję do Gwatemali poznaje kulturę Majów. Uważa ją za dzieło szatana, ale spisuje wiele przekazanych przez Indian opowieści. Wśród nich informacje o kalendarzu, w którym przewidziano datę końca świata. De Landa uważa, że chodzi o rok 1600, w XX wieku dokonano nowych obliczeń wskazujących na rok 2012.
* 1555 r. – Nostradamus wieszczy: „W roku 1999, siódmego miesiąca spadnie z nieba wieki król strachu (…) Po jego przyjściu Mars rządzić będzie łatwo”, co do niedawna odczytywano jako zapowiedź wojny światowej, w której z nieba będą spadać bomby atomowe.
* 1876 r.– Charles Russell, założyciel wspólnoty Świadków Jehowy, zapowiada Armagedon na rok 1878. Gdy nie nastąpił – przesuwa termin na 1914. Wybuch I wojny św. zdaje się potwierdzać przepowiednię, ale do zagłady całej ludzkości jednak nie dochodzi. Następcy Russella wyznaczają więc kolejne daty:
1925 r., 1941 r., 1954 r., 1976 r. W końcu, tak jak katolicy i protestanci, rezygnują z podawania dokładnego terminu, uznając, że chociaż Armagedon
jest bliski, wiedzę o tym, kiedy się zacznie, zna tylko Bóg.
* 1911-45 r. – amerykański jasnowidz Edgar Cayce, nazywany „Śpiącym prorokiem”, przepowiada, że na przełomie XX i XXI wieku nastąpi gwałtowne ocieplenie klimatu, stopią się wielkie lodowce i woda zaleje większość lądów. Zniknie Japonia, Holandia, Nowy Jork, Los Angeles i tysiące innych miast.
* 1917 r. – Matka Boska objawia się w Fatimie i przekazuje trzy tajemnice. Pierwsza ma zapowiadać wybuch II wojny światowej, druga – upadek ateistycznego Związku Radzieckiego, trzecia – znana jedynie papieżowi, dotyczy końca świata. W czasie pontyfikatu Jana Pawła II ujawniono jednak, że nie chodziło o świat, lecz o Kościół i zamach na Ojca Świętego.
* 1978 r. – ponad 900 członków sekty Świątynia Ludu wyrusza do dżungli w Gujanie, by z dala od cywilizacji przygotować się do Sądu Ostatecznego. 18 listopada, na żądanie guru Jima Jonesa popełniają zbiorowe samobójstwo, zażywając śmiertelną dawkę trucizny.
* 1992 r. – na stadionie i kilku świątyniach w Seulu (stolica Korei Południowej) zbiera się ponad 20 tys. członków sekty Dami. Czekają na Chrystusa, który ma ich zabrać do raju i jako jedynych uratować od zagłady. Wszyscy wcześniej sporządzili testamenty, porzucili pracę, niektórzy spalili domy, kilkadziesiąt kobiet dokonało aborcji. Przywódca sekty Lee Jang-Lim zostaje oskarżony o wyłudzenie 4 milionów dolarów, gdyż wmawiał wyznawcom, że pieniądze nie będą im już do niczego potrzebne. W więzieniu ogłasza, że koniec świata nie nastąpił, gdyż Bóg jeszcze raz ulitował się nad ludźmi.
* 1993 r. – około stu członków sekty Gałąź Dawidowa wspólnie mieszka na ranczo Waco w Teksasie i oczekuje nadchodzącej Apokalipsy. Gromadzą broń, maski przeciwgazowe, zapasy żywności. Ich przywódca David Koresh uznaje, że otaczające ranczo oddziały policji to wysłannicy Antychrysta. Gdy policjanci przystępują do szturmu, Koresh ogłasza, że rozpoczął się Armagedon i każe podpalić budynki. W płomieniach ginie 86 osób.