Sean Penn. Kiedyś był największym rozrabiaką w Hollywood
Dziś jest cenionym aktorem, zaangażowanym społecznie reżyserem, dokumentalistą i aktywistą, który dla wielu stał się wręcz sumieniem Ameryki. I właśnie dostał trzeciego w swojej karierze Oscara. Za drugoplanową rolę w filmie „Jedna bitwa po drugiej”, a to nie lada wyczyn, ledwie garstka może się pochwalić aż trzema statuetkami.
Niewiele go to jednak obchodzi, bo na gali w Dolby Theatre nawet się nie pojawił. W sobotę, czyli tuż przed wręczeniem nagród, Sean Penn (Lew) zajadał steka w restauracji przy ul. Grzybowskiej w Warszawie. Dzień później był już w Kijowie.
Dwie dekady temu, odbierając pierwszego Oscara za „Rzekę tajemnic”, wygłosił ostrą tyradę przeciwko wojnie w Iraku. I nie były to puste słowa, bo zaraz faktycznie tam pojechał. Tym razem zrobił coś znacznie bardziej wymownego. Zamiast lansu na czerwonym dywanie wybrał obecność u boku prezydenta Ukrainy.
Po ataku Rosji w 2022 roku apelował do Akademii Filmowej, by pozwoliła przemówić – także jako aktorowi – Wołodymirowi Zełeńskiemu (Wodnik), grożąc, że w przeciwnym razie publicznie stopi swoje statuetki. Ostatecznie tego nie zrobił, ale jednego Oscara oddał Zełeńskiemu. – Taki drobny gest dla przyjaciela – skomentował z typową dla siebie nonszalancją.
W dniu rosyjskiej inwazji również był w Ukrainie, gdzie realizował film o sytuacji w Donbasie. Jego dokument „Superpower” stał się zapisem pierwszych dni wojny. Potem pieszo przeszedł do granicy z Polską razem z uchodźcami. Wielokrotnie wracał do Ukrainy, za każdym razem podkreślając odwagę jej mieszkańców i przywódców, a przy okazji nie szczędząc słów uznania Polakom za ogromne zaangażowanie w pomoc sąsiadom.
Kto by pomyślał, że to ten sam człowiek, który kiedyś słynął głównie z pijackich burd, problemów z prawem i wybuchowego charakteru.